| Pokażmy dlaczego warto budować Kobro City |
|
Uważna lektura artykułu owocuje u czytelnika zupełnym zdezorientowaniem. Idea mylnie pojmowanej „rozbudowy miasta” wspaniałomyślnie uznawana jest przez autorkę za „bardzo dobrą”, by chwilę później zostać podważoną. Skąd ta niechęć do projektu, widoczna wyraźnie od początku do końca? Teza ją uzasadniająca zawarta jest we wstępie tekstu: „(…) czy nowe miasto musi być budowane przeciw staremu?” pyta autorka, sugerując dokładnie jaką sytuację zastała w Łodzi. Trudno zrozumieć, skąd może pochodzić tak radykalnie ujęte spostrzeżenie o rzekomym konflikcie dwóch sztucznie rozdzielonych pojęć. Być może z wyjątkowo silnie utrwalonego obrazu Łodzi – miasta, w którym bywa się jedynie przy okazji wystaw w Muzeum Sztuki - instytucji, dla której każda nowa inicjatywa będzie konkurencją; do którego przyjeżdża się „warszawskim pociągiem”; gdzie na ulicach roi się od „starych kamienic z sypiącymi się balkonami podpartymi na drewnianych stemplach”, a „matki z wózkami, inwalidzi o kulach zeskakują z wysokiego stopnia na trawę”; wreszcie gdzie o budowie nowego centrum donosi „gazetka EC1”. Porcję wrażeń z pobytu w Łodzi dopełnia relacja z wycieczki do nieczynnej elektrociepłowni EC1. W pełni można jeszcze zrozumieć zauroczenie autorki EC1, do której wchodząc zrzec się trzeba „wszelkich roszczeń z tytułu szkód będących następstwem zawalenia się budowli lub oderwania się jej części”. Elektrociepłownia rzeczywiście może zrobić wrażenie na kimś, kto na co dzień w Warszawie obserwuje adaptację postindustrialnych przestrzeni na lofty, centra sztuki, galerie czy kluby i chciałby zachować w swoim świecie choć cząstkę apokaliptycznych, zniszczonych przestrzeni, w których można by poczuć się jak na planie „katastroficznego filmu Piotra Szulkina”. Jednak demonstrowana ostatecznie troska o to, że nowe centrum „jednocześnie ujawni w ostrym świetle nowe problemy”, wydaje się podsuwać łodzianom gotową receptę: nie róbcie nic, jest dobrze. Problem, który zajmuje redaktor Jarecką najbardziej wydaje się jednak wypływać z utrwalonego w redaktorskim światopoglądzie obrazu tożsamości Łodzi - miasta, które autorka określa mianem „robotniczo-urzędniczego”. Przekonanie o tym, że Nowe Centrum, czyli „koncepcja ahistoryczna, monumentalna i pałacowa” nie może się udać w takim miejscu można wytłumaczyć, jedynie tym, że dla Warszawy Łódź zawsze będzie uchodzić za stolicę prowincji. Idea budowy duopolis wydaje się w świetle takiego podejścia zwykłym cynizmem, i próbą uczynienia z Łodzi satelity stolicy. Pozostaje wierzyć że to jednostkowa opinia autorki, która w żaden sposób nie może być argumentem w dyskusji o zasadności budowy nowej Łodzi. Od zawsze jasne było, że budować nowe oznacza postęp, bez którego ludzie tkwiliby dalej w mrokach jaskiń. Problem opozycji „starej Łodzi” i jej Nowego Centrum wydaje się zupełnie abstrakcyjny. Prawda jest banalnie prosta - Łódź to miasto w którego centrum zionie wielka dziura. To dziura utrudniająca komunikację, rozcinająca miasto na pół, strasząca bezludnym krajobrazem i posępną zabudową, a jednocześnie, o czym wszyscy doskonale wiedzą - teren niezwykle atrakcyjny, przestrzeń, na której można inwestować i tworzyć nowe miejsca pracy, inne niż podmiejskie kontenery fabryczne i wielkopowierzchniowe markety. I właśnie dlatego kuracja dla tkanki miejskiej jest tutaj niezbędna. Budowa Nowego Centrum w Łodzi oznacza naprawę naprędce skleconego miasta, które początkowo za zadanie miało jedynie produkcję. Zaprojektowane jako kilkunastotysięczna osada, szybko stało się kilkusettysięczną metropolią, której funkcje wyszły daleko poza przemysł. Łódź od początku pozbawiona była centrum – Rynek Starego Miasta szybko został zrównoważony przez Rynek Nowego Miasta, potem ciąg zabudowań przemysłowych zamknął Rynek Górny. W ten sposób na blisko dwa wieki życie miasta skoncentrowało się wzdłuż wyznaczonej między trzema placami ulicy. Lata utrwalania przez Warszawę wizerunku Łodzi jako miasta „robotniczo-urzędniczego” pogłębiły tylko funkcjonalny chaos w układzie urbanistycznym miasta. Miejscem-symbolem jest stacja kolejowa w centrum miasta, gdzie kończą się tory. Cała idea centrum skupionego wokół Rynku Kobro i żyjącego kulturą i sztuką, jest z jednej strony powrotem do źródeł, a z drugiej procesem całkowicie zdeterminowanym wielkim potencjałem, który Łódź już posiada i który musi wykorzystać. Krytyka wykorzystania na poziomie ideologii Nowego Centrum mitu założycielskiego Łodzi jest o tyle niesłuszna, co niesprawiedliwa. Łódź ma to szczęście, że w swojej historii ma zapisane procesy, których powtórzenie jest nie tylko możliwe, ale i pożądane. Czerpać historyczne inspiracje i jednocześnie nie popełnić znanych z historii błędów - to jedyny sposób, żeby z miasta pełnego niefunkcjonalnych rozwiązań uczynić na nowo „Bramę Europy”. Mit twórców przemysłowej Łodzi, Rajmunda Rembielińskiego i Stanisława Staszica, ma tu o tyle znaczenie, że żadne inne miasto nie było w rzeczywistości powołane od podstaw jako specjalna strefa ekonomiczna. I żadne inne miasto wokół ekonomicznej bazy nie zbudowało takiej wielkości, przejawiającej się przed laty nie tylko w potędze przemysłowej, ale również w pięknej architekturze wielkomiejskiej i rezydencjalnej, dostępnych dla obywateli rozwiązaniach technicznych, ogromnym potencjale edukacyjnym czy awangardzie artystycznej. Genialny pomysł, który 200 lat temu uczynił z małej rolniczej wioski ośrodek fabryczny dziś również ma swoje uzasadnienie – żyjemy w czasach, które wciąż określa ekonomiczna racjonalność, obecna nawet w świecie kultury i sztuki. Mimo to unikalny układ urbanistyczny jest skarbem, którego Łódź wcale nie zamierza się pozbywać. Nikt oczywiście nie rości sobie prawa do poprawiania pięknej i bogatej historii Łodzi. Tym bardziej nikt nie chce się od niej gwałtownie odcinać, jak sugeruje Jarecka. Chodzi o stworzenie zupełnie nowej historii, o tchnięcie nowego życia w miasto, które również dzięki takim tekstom jak „Po co budować nową Łódź” stało się w opinii wielu Polaków zaściankowym zapleczem Warszawy. Na szczęście dziś Warszawa, choćby w postaci członków rządu i prezesów kolei, rozumie, że tak postrzegana Łódź nikomu się na nic nie przyda, a na budowie nowej jakości w mieście mogą zyskać wszyscy, nie tylko łodzianie. Nawet bezsensowne pytanie raz postawione będzie rozbrzmiewać echem, jeżeli nie poszuka się na nie konstruktywnej odpowiedzi. Wyjściem z tej sytuacji może być tylko debata dotycząca Nowego Centrum w Łodzi. Debata prowadzona przy udziale lokalnych autorytetów i mieszkańców, a nie stołecznej gazety, którą łódzkie problemy rzeczywiście obchodzą tylko przy okazji głośnych medialnych skandali.
|






11 grudnia 2009r. Gazeta Wyborcza zademonstrowała mocno zsubiektywizowaną „opiniotwórczość”, publikując tekst pióra pani redaktor Doroty Jareckiej zatytułowany „Po co budować nową Łódź”. Absurdalne pytanie, postawione z całkowicie Warszawo-centrycznego punktu widzenia, w dodatku pozbawione znaku zapytania i przez to brzmiące jak arbitralne stwierdzenie, miało spuentować analizę projektu, którym Łódź żyje już od ponad 3 lat, a który osobom z zewnątrz wciąż wydaje się nierealistyczną mrzonką, której realizacja rysuje się mgliście się w nieokreślonej przyszłości.
Nigdy wcześniej nikt nie wyraził głośno obawy, że projekt Nowego Centrum może powstać przeciw miastu, dla którego ma być realizowany. Upowszechniona już przez urzędowe pisma nazwa Nowe Centrum Łodzi może być myląca – w istocie chodzi przecież o Nowe Centrum w Łodzi. Wystarczy jednak wyjść poza poziom umownej nomenklatury i przyjrzeć się planom, by zauważyć, że okolice dworca Łódź Fabryczna i elektrociepłowni EC1 nie są żadną „nową dzielnicą”, lecz załataniem wielkiej dziury w sercu miasta. Projekt powszechnie już określany mianem „operacji na otwartym mieście”, podobnie jak medyczna operacja wymaga rozwiązań, które żywy organizm miejski przyjmie i włączy w swój krwioobieg. Nie bez powodu do opracowania koncepcji urbanistycznej zaangażowano Roba Kriera, architekta uchodzącego za jednego z najbardziej ortodoksyjnych obrońców harmonii między tym, co w mieście jest stare i nowe. Już sam autorytet Kriera wystarcza by zbić całą tezę redaktor Jareckiej. Tym, co autorce w projekcie Luksemburczyka przeszkadza najbardziej, jest zaledwie detal jego koncepcji - niezgodny z „lokalnym klimatem” „półkolisty plac z promieniście odchodzącymi od niego ulicami oraz ogromną "bramą miasta" na planie łuku”. Pani redaktor zapomina, że nie chodzi o to, by 90-hektarowy kwartał zabudować w typowy dla Łodzi sposób, lecz by pogodzić tradycję miasta z nowymi rozwiązaniami. To wcale nie taki radykalny krok w świetle rewolucji urbanistycznych, które na przestrzeni dziejów przechodziły wielkie światowe metropolie. Najprościej przywołać tu przebudowę Paryża w XIX wieku zaprogramowaną przez Georges'a Haussmanna, która zburzyła ustalony w średniowieczu kształt miasta.



